„Siostrzyczka”
gatunek: kryminał, powieść sensacyjna
Na jednej z trójmiejskich pływalni znalezione zostają zwłoki
mężczyzny: brutalnie okaleczone, pozbawione gałek ocznych. Do śledztwa włączeni
zostają dwaj policjanci – nadkomisarz Maciej Szwerman i jego młodszy pomocnik –
aspirant Jerzy Woźniak. Stróże prawa za punkt honoru stawiają sobie rozwiązanie
zagadki tajemniczego morderstwa młodego mężczyzny. Sprawa zaczyna się
komplikować jeszcze bardziej, gdy na terenie Gdańska zostają znalezione kolejne
zwłoki, również zmasakrowane w ten sam sposób. Policjanci szybko odkrywają, że
zamordowanych mężczyzn łączy coś więcej – obaj posiadają niecodzienny tatuaż za
lewym uchem. Zaczynają wtedy rozumieć, że zabójstwa te nie są przypadkowe.
Rozpoczynają dramatyczną walkę z czasem, aby ochronić pozostałe osoby. Kto
zginie następny?
Brzmi ciekawie? I sam pomysł Rekosza jest naprawdę
fenomenalny; historia przedstawiona w książce jest nietypowa, co powoduje, że
czytelnik śledzi losy nadkomisarza Szwermana z zainteresowaniem. Powieść z
pewnością spodoba się też miłośnikom krwawych kryminałów.
Jednakże od autora można by było wymagać zdecydowanie
więcej. Sam ciekawy koncept nie wystarcza. A w „Siostrzyczce” z wykonaniem jest
gorzej. Do największej wady powieści można zaliczyć z całą pewnością dialogi –
są dość schematyczne i, co gorsza, nierealistyczne. Rekosz stara się „urzeczywistnić”
język bohaterów, dodając do wypowiedzi wulgaryzmy, jednak to nie wystarcza.
Czasem wręcz rozmowy pary policjantów z podejrzanymi czy świadkami wyglądają
jak w znanym i (nie)lubianym odmóżdżającym programie fabularyzowanym na antenie
Polsatu.*
Przyjrzyjmy się zatem rozmowie naszych stróżów prawa:
- Tak właśnie myślę.- To jest pan skończonym durniem!- Ja? Co…? Czemu…? – zająknął się aspirant.- Przecież to na kilometr pachnie thrillerem klasy C.(…)- Na razie mamy tylko zaszlachtowanego golasa z wydłubanymi oczami. I, jak powiedział pan doktor, zrobiono to wszystko fenomenalnie fachowo.
Rozdział 3. Nic nie
pasuje
Autor „Siostrzyczki” zdecydował się na podzielenie książki
na aż trzydzieści sześć kilkustronicowych rozdziałów. Zamiarem twórcy było zapewne ułatwienie czytania powieści. W końcu jesteśmy zabiegani, mamy mało czasu na czytanie, a na zapoznanie się z pięcioma czy sześcioma stronami jednorazowo zawsze znajdziemy chwilę.
Zatem podsumowując – Rekosz wpadł na naprawdę świetny
pomysł. Doskonale rozbudza ciekawość w czytelniku, prowadzi za rękę po
różnorodnych zakamarkach kryminalnego labiryntu, ku odnalezieniu sprawcy i
rozwiązaniu całej sprawy. Po drodze towarzyszy nam wiele sensacyjnych wydarzeń -
strzelaniny, pościgi. Jednak ja cały czas czuję niedosyt. Cały czas mam w
głowie niezbyt dobre, łagodnie mówiąc, dialogi, które psują ostateczny odbiór
książki.
Niemniej powieść Rekosza nie jest zła. Nie jest też wybitna.
Ot – przeciętna, niewymagająca lektura, którą będziemy śledzić z zapartym
tchem. Nie dlatego, że sposób przedstawienia wydarzeń jest nietypowy; nie
dlatego też, że w książce znajdziemy pościg za pościgiem, ale dlatego, że sam
autor miał ciekawy pomysł na dobrą powieść. Rozwiązanie zagadki, motywy zabójcy
z pewnością będą dla Was dużym zaskoczeniem.
Moja ocena: 5/10.
* oczywiście nie miałem tu na celu obrażać jego widzów, bo
mnie samemu również, od czasu do czasu, zdarza się obejrzeć ten fascynujący program
;))

